Pages Menu
Categories Menu
Prof. Jan Tatoń

Prof. Jan Tatoń

Ze spotkania z Profesorem Janem Tatoniem wychodzę obdarowana kilkoma jego książkami. Dziwi się, że nie chcę rozmawiać o leczeniu cukrzycy w Polsce, tylko o jego drodze do medycyny.

Jak to się stało, że został Pan lekarzem?

W województwie podkarpackim jest małe, ale ciekawe, miasteczko Pilzno (nie mylić z czeskim Pilznem), a w nim ulica Szczeklika. Pilzno to miejsce, z którego wyruszył w świat prof. Edward Szczeklik, często przebywali tam także profesorowie Andrzej i Adam Szczeklikowie. Wielu młodych ludzi z Pilzna wybierało medycynę jako sposób życia. Jestem z tej grupy, która wyszła z Pilzna w świat medycyny.

Mój życiowy szklak miał wiele etapów. Wydział Lekarski Akademii Medycznej skończyłem z wyróżnieniem. Szczególnie pamiętam z tego okresu swoje działania jako przewodniczącego Studenckiego Towarzystwa Naukowego, które powstało z mojej inicjatywy.

Dlaczego wybrał Pan diabetologię?

Dostałem propozycję pracy na stanowisku asystenta w Klinice Chorób Wewnętrznych w zespole profesora Jakuba Węgierki – pioniera polskiej diabetologii. Problemy cukrzycy, historia, rozwój i perspektywy badań naukowych w tym zakresie były bardzo pociągające. Pobudzał je prof. Węgierko i jego zespół, do którego dołączyłem. Obowiązywała w nim zasada oryginalności. Pamiętam zdarzenie, które świetnie to ilustruje: do profesora Węgierki przyszedł docent, chwaląc się: „Panie Profesorze, moja praca o chorobach przewodu pokarmowego została przetłumaczona na język angielski”. Profesor na to: „Co? Z powrotem?!”. Naśladownictwo nie było w klinice dobrze przyjmowane.

Po kilku latach pracy uzyskałem stypendium amerykańskiej fundacji „Ventnor” i wyjechałem na studia do USA. Pracowałem w szpitalu w Lawrence oraz najlepszych ośrodkach diabetologicznych w USA, będących agendami Uniwersytetu Harvarda w Bostonie. Środowisko medyczne było tam wyjątkowo przyjazne, pojawiły się przyjacielskie kontakty z profesorami i młodszymi naukowcami z Harvardu oraz wielu innych krajów, którzy pracowali w tej uczelni. Dużo pracowaliśmy, były publikacje w „Lancecie” i innych ważnych czasopismach. Gdy wróciłem do Polski, do kliniki prof. Węgierki, a później prof. Kodejszki i Czyżyka, miałem ugruntowaną wiedzę i plany w zakresie działań na rzecz rozwoju diabetologii.

Co Pan uważa za swoje największe osiągnięcie?

Zorganizowanie oddziału internistyczno-diabetologicznego w szpitalu Wolskim, a później od podstaw Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych i Diabetologii UM (II Wydział Lekarski) w Szpitalu Bródnowskim w Warszawie. Wspólnie z zespołem podjąłem działalność mającą na celu stworzenie nowego ujęcia badań i opieki diabetologicznej w zakresie cukrzycy, wdrożenie nowego sposobu leczenia chorych, polegającego na samokontroli, samoopiece, partnerskiej relacji pacjentlekarz, indywidualizacji wyników leczenia.

Innym moim sukcesem są książki, które napisałem: podręczniki, monografie na temat cukrzycy, prace naukowe. Co jednak uważam za swój największy sukces? Pewnie Pani by chciała, żebym powiedział, że dostałem Nagrodę Nobla… Za swój największy sukces uważam to, że Towarzystwo Chorych na Cukrzycę przyznało mi dyplom honorowego członka – w uznaniu za to, co zrobiłem dla pacjentów.

Widzi Pan różnicę między tym, jak dziś diagnozowani i leczeni są pacjenci, w porównaniu z czasem, gdy zaczynał Pan pracę?

To przepaść. Nie było wyjaśnionych wielu faktów genetycznych, nie było wiadomo tak wiele o profilaktyce, leczenie było znacznie gorsze, dlatego ilość powikłań była znacznie większa. Cukrzyca była chorobą, która przynosiła dużo cierpień, nie było edukacji, glukometrów, pacjenci nie mogli sami sobie sprawdzać poziomu cukru we krwi. Dawniej pacjent był biernym przedmiotem działania lekarzy, dziś jest on świetnie zorientowany w swojej chorobie, robi samokontrolę, wie, jak powinien się odżywiać, ma dzienniczek obserwacji, dyskutuje z lekarzem. Partnerski stosunek między pacjentem a lekarzem ma zasadnicze znaczenie poprawiające życie chorych.

Sądzi Pan, że cukrzyca może zostać wyleczona w XXI wieku?

To nie będzie łatwe. Pierwszy dokument, w którym opisano cukrzycę, pochodzi z około 3 tys. roku p.n.e. – jest to papirus z Teb, odnaleziony przez prof. Ebersa. Od tego czasu minęło 5 tysięcy lat, a my ciągle nie umiemy wyleczyć cukrzycy. Obecne leczenie wciąż ma charakter objawowy. Nie znamy pierwotnej przyczyny choroby, dlatego nie mamy skutecznych leków działających na jej przyczynę. Jednak diabetologia na świecie tętni życiem badawczym, klinicznym i praktycznym. Powstają nowe kierunki: epigenetyka, proteonomika, metabolomika, pojawiają się nowe leki i metody badawcze. Pojawił się też postulat „translacji” – szybkiego, bezpośredniego przekazywania wyników badań do realnej opieki medycznej dla chorych.

Dawna klasyfikacja cukrzycy była bardzo uproszczona: mówiliśmy o typie 1, 2, o cukrzycy ciążowej i innych formach. Badania nad etiologią cukrzycy spowodowały, że wewnątrz tych dużych klas potrafimy dziś rozpoznać wiele podgrup. Potrafimy coraz lepiej leczyć cukrzycę. Pięć tysięcy lat uczy pokory, jednak w zakresie epigenetyki tkwią możliwości lepszej profilaktyki i lepszego leczenia.

Panie Profesorze, mówił Pan o sukcesach. A co uznaje Pan za największą porażkę?

Jeśli chodzi o naszą medycynę, to naśladownictwo – o tym już wspominałem. Mogę powiedzieć, że moją porażką jest to, że w Polsce jest zaniedbana koncepcja diabetologii mocno osadzonej profilaktycznie. Jakość profilaktyki i leczenia cukrzycy w Polsce nie odpowiada standardom, które są w wielu krajach. Nie ma prawdziwych zmian, nie można zainspirować osób z Ministerstwa Zdrowia, NFZ wyzwaniami. Za moją klęskę (i innych diabetologów) uznaję to, że Polska nie ma dobrego Narodowego Programu Zwalczania Cukrzycy. W Europie oprócz Polski nie mają go tylko dwa inne kraje. To jest niedopuszczalne. W Polsce nie ma też systemu kontroli jakości wyników leczenia cukrzycy.

Nie ma też u nas dostatecznego wsparcia społecznego pacjentów. Przykład? Mam pacjentkę, która mieszka pod Płockiem, od 25 lat choruje na cukrzycę, robi sobie dziennie 4-5 zastrzyków z insuliny. Nie ma pracy, mąż też nie pracuje. Ma hipoglikemię, grozi jej ślepota. Instytucje państwowe jej nie pomagają. Jak ona ma żyć? Odwiedzam czasem chorych na cukrzycę w Domach Pomocy Społecznej: to ogromny problem

– siedzą na korytarzu, sprzątaczka nimi rządzi. Dostają jedzenie, niby wszystko jest w porządku, ale czy oni mają właściwą opiekę? W Polsce jest ogromny problem samotnych, starych ludzi, którzy nie mają żadnej opieki systemowej. Pisaliśmy o tym wiele w książce „Socjologia cukrzycy”.

W książce „Filozofia w medycynie” pisał Pan z kolei: „Oby lekarze filozofowali, a filozofowie leczyli”… Skąd takie przekonanie?

Medycyna i filozofia są ze sobą bardzo związane. Każdy lekarz w pewnym momencie musi postawić sobie pytania: „Co to jest życie?”, „Po co jest życie?”, „Co to jest dobre życie?”, „Kim jest człowiek?”, „Jaka jest jego rola w świecie?”. Te pytania nadają medycynie wyjątkowość. Mam taką rycinę, na której widać lekarza i pacjenta, a wokół są napisy: konfucjonizm, hinduizm, buddyzm, islam, postmodernizm, socjalizm, komunizm, kapitalizm… Te wszystkie idee mają wpływ na opiekę medyczną, na wizję człowieka, a także na zakres interwencji medycznej. Stąd dziś np. dyskusje na temat zapłodnienia in vitro. Każdy lekarz w pewnym momencie będzie musiał odpowiedzieć sobie na te zasadnicze pytania.

Panie Profesorze, a Pana pasje poza medycyną?

Nie wiem, czy można nazwać to pasją. Może raczej hobby: interesuję się etnografią, zwłaszcza Karpat, okolic Pilzna, w którym się urodziłem. W książce „Filozofia w medycynie” opisywałem Sebastiana Petrycego z Pilzna: „zapomnianego ojca socjologii medycyny w Polsce”. Mówił: „Bogaty dziesięciu Petrycych mieć może, ubogi żadnego”. Był profesorem UJ, a potem wybrał się z polską ekspedycją, która podbiła Kreml.

Lubię praktyczną etnografię. Jednak to hobby. Moją pasją jest to, by wywalczyć coś dobrego dla chorych. Chciałbym, żeby wprowadzić Narodowy Program Leczenia Cukrzycy. Jest nie do pomyślenia, żeby tego nie było. Co mnie jeszcze interesuje? Rozmowa z pacjentem. To jest zawsze ciekawe w pracy lekarza. Rozmowa nie tylko o tym, co pacjentowi dokucza, ale też o nim samym, o jego życiu, czasem nawet o tym, co mu się śni…

Na taką rozmowę znajduje Pan jeszcze czas w codziennej praktyce?

No tak, często podczas wizyty za długo gadamy…

Prof. Jan Tatoń

to jeden z najwybitniejszych polskich diabetologów. Pierwszy krajowy konsultant w dziedzinie diabetologii, inicjator powołania specjalizacji z diabetologii, stworzenia Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, członek Rady Europejskiego Towarzystwa Badań Cukrzycy, ekspert Światowej Organizacji Zdrowia w dziedzinie cukrzycy, autor ponad 460 publikacji naukowych z dziedziny klinicznych problemów cukrzycy i chorób metabolicznych, autor lub współautor 32 monografii zawodowo-naukowych dla lekarzy, filozof, społecznik. Pracował zagranicą w Joslin Clinic Harvard Medical School w Bostonie (USA), w Klinicznym Szpitalu Uniwersytetu Genewskiego i Uniwersytetu w Düsseldorfie, Szpitalu Diabetologicznym Steno w Kopenhadze i w Szpitalu Klinicznym Uniwersytetu w Lund w Szwecji. W Polsce stworzył największy oddział diabetologiczny.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

Fot. Albert Zawada / AG 

Prof. Jan Tatoń
4.4 (87.14%) 28 votes